piątek, 19 stycznia 2018

Zdradzona i syndrom Hillary Clinton

 

W poniedziałkowy poranek byłam gościem Pytania na Śniadanie. Dyskusja dotyczyła zdrady i tego dlaczego kobiety decydują się na rolę kochanki. Chciałabym temat zdrady pogłębić w kilku następnych artykułach. W dzisiejszym skoncentruję się na osobie zdradzonej, zwłaszcza na kobiecie. Nie dlatego, że mężczyźni nie są zdradzani, ale w mniejszym stopniu dotyka ich tytułowy syndrom Hillary Clinton.


Najsłynniejszy seksskandal w amerykańskiej polityce to niewątpliwie "afera rozporkowa" z udziałem prezydenta Billa Clintona. Romans ze stażystką Moniką Lewinsky, o mało nie doprowadził go do usunięcia z urzędu przez Kongres. Ostatecznie prezydent dokończył drugą kadencję, a sprawa Zippergate zwiększyła jego popularność w społeczeństwie. Hillary mimo udowodnionej zdrady zdecydowała się zostać przy mężu. Ta decyzja zaskoczyła Amerykanów. Wyborcy czego innego od niej oczekiwali. W czasach, kiedy kobieta może po prostu odejść, ona została i wspierała męża w tej sytuacji. Wypominano jej to nawet podczas wyborów prezydenckich w 2016 r., kiedy startowała na urząd prezydenta USA. Syndrom Hillary dotyczy więc kobiet, które czują dużą zewnętrzną presję, by odejść, kiedy mężczyzna je zdradzi.

Kobiety mają w obecnych czasach duże wsparcie społeczne w sytuacji zdrady. Przyjaciele, rodzina, współpracownicy nie zachęcają kobiet do tego, by zostały przy mężu, jak to było kiedyś. Wprost przeciwnie. Większość naszych przyjaciółek w takim momencie udzieli nam rady, by odejść jak najprędzej i dać sobie szansę na nowe życie. Wsparcie jest bardzo potrzebne. Dzięki niemu wiemy, że jeśli odejdziemy od partnera nie zostaniemy same, nasi bliscy z nami będą. Nie będziemy osądzane, oceniane i krytykowane.

Co jeśli jednak kobieta z różnych powodów nie chce odejść od męża? Takie kobiety boją się mówić o tym, co im się przydarzyło. Bywa, że nie opowiadają o zdradzie nawet siostrze czy najlepszej przyjaciółce. Nie tyle wstydzą się tego, że je zdradzono (bo przecież to przydarza się wielu osobom), ale tego, że mimo zdrady chcą dalej w tym związku być. Trzymają więc w sobie  tajemnicę, często coraz bardziej separując się od ludzi. Te, które zdecydują się mówić o swojej sytuacji są narażone na krytykę i brak zrozumienia ze strony otoczenia. Tymczasem to zdradzona kobieta, a nie jej znajomi, pozostaje z konsekwencjami swoich wyborów. 

Nie jestem fanką zdrad i w żaden sposób do zdrady nie zachęcam, ale zdarzają się sytuacje, w których zdrada jest katalizatorem pozytywnej zmiany w związku. Nagle pryska bańka mydlana, widzimy, że np. przestaliśmy się ze sobą komunikować albo ta komunikacja miała w sobie dużo przemocy. Zauważamy to, że przyjęliśmy partnera za pewnik, a całą swoją energię oddawaliśmy pracy i codziennym zadaniom, pomijając w tym wszystkim ukochaną osobę. Taki moment wstrząsu może być punktem wyjścia do odnowy relacji w przypadku tych, którzy zdecydują się dalej być ze sobą.

Domyślam się, że zdecydowanie mniej zdradzonych kobiet wybierze tę ścieżkę.  3/4 pozwów rozwodowych w Polsce jest składana przez kobiety. I jeśli kobieta tak czuje i jest tego pewna to dobrze. Warto jednak przede wszystkim podejmować życiowe decyzje w zgodzie ze sobą, a nie pod presją.

Jakie jest Twoje zdanie?
Julitta Dębska

sobota, 30 grudnia 2017

Noworoczne oczyszczenie


Jaki był dla Ciebie 2017 rok? Jak go zapamiętasz? Jeśli myśląc o nim masz skojarzenia podobne do tych z poniższego mema, to dzisiejsze ćwiczenie może Ci się naprawdę przydać.



 Nawet jeśli ten rok był łaskawszy dla Ciebie niż dla bohatera z obrazka, to na pewno warto go dobrze pożegnać,  by móc otworzyć się na to, co piękne, dobre i nowe.

Bardzo ciekawy rytuał, który wiążę się z odnową i oczyszczeniem mają w swojej religii Żydzi. Ortodoksyjni wyznawcy judaizmu co piątek biorą kąpiel w specjalnej łaźni zwanej mykwą. Fizyczny akt zanurzenia w wodzie wspiera filozoficzną ideę odnowy. 

Nie jesteśmy tylko umysłem, nie jesteśmy tylko duchem. Mamy również ciała. I to poprzez ciało możemy połączyć się zarówno z umysłem jak i z duchem.  W tym wypadku rytualna kąpiel pozwala oczyścić właśnie te sfery.

Jeśli stary rok kojarzy Ci się z ciężkimi przeżyciami, negatywnymi emocjami, trudami i bólem, zafunduj sobie na jego zakończenie rytualną kąpiel. Nie musisz w tym celu odwiedzać mykwy, zwłaszcza jeśli nie jesteś wyznawcą judaizmu. Stwórz sobie własną łaźnię w swojej łazience. 

Żydzi do mykwy wchodzą już wcześniej umyci, więc nie jest to akt oczyszczania ciała. Warto abyś i Ty o to zadbał i oczyścił ciało zanim zanurzysz się w swej łaźni. 

Miejsce, które do tego zaaranżujesz możesz dowolnie nazwać np. Twoim sanktuarium, Twoją świątynią. 

Zadbaj o wystrój, który będzie Ci się pozytywnie kojarzył, ale jednocześnie podkreśli, że jest to ważny dla Ciebie akt. 

Zanim wejdziesz do wanny wykonaj kilka głębokich wdechów i wydechów. Skoncentruj się na swoim oddechu aż do momentu, kiedy Twoje myśli się uspokoją. I wtedy zanurz się cały w wodzie. Wynurzając się wyobraź sobie, że zostawiasz w niej wszystkie niepotrzebne brudy. Całkiem odświeżony wyjdź i przygotuj się do powitania tego, co nowe.

Julitta Dębska

niedziela, 17 grudnia 2017

O guru, który nie jest coachem


"Wiem, że nic nie wiem". Ta maksyma Sokratesa jest dla mnie pierwszym punktem zasad pracy coacha. Jako człowiek, jako coach jestem dla siebie kosmosem, który cały czas odkrywam. Im więcej mam wiedzy o sobie, tym większa jest we mnie świadomość tego, ilu rzeczy jeszcze nie wiem. Michał Anioł w wieku 84 lat powiedział, że wciąż się jeszcze uczy. Wielki mistrz stale widział obszary do poznania i rozwoju. Jeśli nie znamy w pełni samych siebie, to jak możemy mówić o wszechwiedzy o drugim człowieku, który jest innym kosmosem, odmienną galaktyką, z innym układem współrzędnych? Coach wiedząc o tym nie stawia się w roli mistrza w relacji ze swoim klientem.

Coach, który stawia się w roli guru pracuje w sprzeczności z filozofią coachingu. Guru to ktoś, kto zna odpowiedzi na wszystkie pytania i jest ostateczną instancją dla tych, którzy w niego wierzą i go wyznają. Guru to ktoś niekwestionowany, którego opinie, sądy, odpowiedzi nie mogą być podważone. Natomiast coach wie o tym, że nie zna tych wszystkich odpowiedzi i szuka ich w kliencie i jego zasobach.

Instytucję guru doskonale opisuje Paulina Młynarska w jednym ze swoich ostatnich felietonów dla Onetu :

Wystrzegałabym się nauczycieli przekonanych o tym, że tylko ich sposób prowadzenia zajęć jest dobry i właściwy. Istnieje wiele różnych szkół, stylów i sposobów praktykowania jogi. Ich wspólnym mianownikiem jest praca nad przekraczaniem własnego ego. "Zakochany w sobie z wzajemnością" jogin nie jest na właściwej ścieżce. Zdrowe kochanie siebie i dobroć dla własnej osoby to nie jest to samo, co zadufanie w sobie i przekonanie o tym, że się zjadło wszystkie rozumy. Tymczasem zdarza się, że gdy człowiek liźnie nieco wiedzy z zakresu jogi, wzmocni ciało i przywdzieje właściwy kostium, ego jest wielce wodzone na pokuszenie. "Oto mnie słuchają!", "oto jestem duchową przewodniczką tych nieszczęsnych, nierozciągniętych, nieogarniętych w swoim stresie i wewnętrznym zamęcie żuczków ludzkich!" – kombinuje sobie niejeden pseudojogin i niejedna narcystyczna niby-joginka. I dalej wciskać ludziskom swoje "mądrości" z półki z ezoteryką z księgarni internetowej. Dalej wsłuchiwać się w słodycz własnego głosu. Nazywam to "syndromem bogini" i uważam za jedno wielkie zawracanie głowy.

Pani Paulina pisze o nauczycielach jogi, ale właściwie każde jej zdanie można było by odnieść do coachingu, psychoterapii czy jakiejkolwiek innej formy pomocy ludziom. Syndrom bogini lub boga, może dopaść także coacha. I jest to zjawisko szalenie niebezpieczne i na pewno niepożądane w coachingu. Wyklucza bowiem jedno z głównych założeń tej metody czyli wiarę w to, że cały potencjał i wszystkie odpowiedzi są w kliencie coachingu, a nie w coachu. To klient jest swoim własnym mistrzem i  guru i jego zadaniem jest dotarcie do swojej własnej wewnętrznej mądrości i prawdy. Prawda coacha jest zbudowana w oparciu o inną mapę wzorców, doświadczeń, emocji i przekonań. Coach może być człowiekiem z niezwykłą wiedzą i mądrością, ale nie jest w stanie wejść do umysłu swojego klienta, przeżyć wszystkich chwil, które przeżył klient,  doświadczyć jego emocji. Coach zna mechanizmy wzorców, schematy postępowania i narzędzia do pracy z nimi, ale nie jest w posiadaniu jakiejś objawionej prawdy, która pasuje do każdego klienta. Każdy z nas jest bowiem unikalny i nikt inny nie miał ani nie będzie miał takiego samego odcisku palca jak Ty. 

Zadaniem coacha nie jest więc budowanie swojego ego z pozycji wszystkowiedzącego mistrza, który zna odpowiedzi na każde pytanie, ale wsparcie klienta w budowanie jego zdrowej samooceny opartej na wierze we własną mądrość i własny potencjał. 

Kiedy powinna zaświecić nam się czerwoną lampka podczas pracy z coachem? 

1.Wtedy, gdy coach uważa, że wie lepiej i tylko on ma rację. Jedynie on ma dostęp do rozwiązania i jest w posiadaniu cudownej metody,  która będzie lekiem na całe zło. 

2. Kiedy patrzy na swojego klienta z góry i klient czuje się przy nim mniejszy, mniej wartościowy, głupszy, mniej dojrzały.

3. Kiedy coach daje rady, stawia się w pozycji mędrca, sugeruje rozwiązania.

4. Kiedy coach ocenia swojego klienta, jego postawę i zachowanie.

Czy to znaczy, że coach nie może w ogóle pokazywać swojej perspektywy?

Oczywiście może to robić, ale warto trzymać się kilku zasad:

1. Coach może, a nawet warto by dawał klientowi informację zwrotną, ale powinna ona dotyczyć tego, co on zaobserwował słuchając i widząc klienta lub jakie myśli, skojarzenia się w nim pojawiły. Warto zakończyć taką informację pytaniem o to, co klient o tym sądzi, co mu to mówi.

2. Warto wykorzystać do tego metaforę oraz również spytać klienta, co mu ta metafora mówi i co z niej wynosi.

3. Na etapie generowania pomysłów, kiedy klient stoi w miejscu i skorzystaliśmy z różnych innych metod, można wspomnieć o swoim doświadczeniu i pokazać, co się sprawdziło u nas i u naszych klientów, ale znów z bardzo dużym naciskiem na pytanie do klienta: Na ile jest to dla Ciebie przydatne? Jak to pasuje do Twojej sytuacji? Jak może Ci się to przydać? Co o tym sądzisz?

4. I warto zadbać o proporcje 90/10, gdzie 90 to przede wszystkim praca i pomysły klienta, a 10 to metafory i informacja zwrotna od coacha.

Co o tym sądzicie?

Julitta Dębska

(Photo: tipanie annick - Google+)

niedziela, 3 grudnia 2017

Namaluj swój psychologiczny autoportret

 

Dobra relacja ze sobą to tak naprawdę najważniejsza relacja w naszym życiu. Od jej jakości zależy to, jak ułożą się relacje z innymi ważnymi osobami, partnerami, przyjaciółmi, rodziną, współpracownikami. Warto więc o nią zadbać. Dobra relacja ze sobą to oprócz samoakceptacji i  zdrowej samooceny, także  znajomość siebie, swoich potrzeb, wartości, jakie są dla nas ważne, ale i wzorców, schematów, którymi się kierujemy w życiu. Jest to świadomość swojego potencjału oraz słabszych stron. Składa się na nią wiedza o tym, jakie posiadamy cechy osobowości.

Czym jest typ osobowości? 

 

Twój typ osobowości, to system, który obejmuje cechy charakterystyczne, odczucia, myśli, postawy, typowe zachowania oraz mechanizmy radzenia sobie z problemami. Wyznacza on niepowtarzalny wzór działania Twojej psychiki - sposób myślenia, odczuwania i zachowania.
Zrozumienie własnego charakteru i schematów myślenia jest kluczem do rozwiązania życiowych problemów. Znajomość własnego typu osobowości pomaga ugruntować empatię i wgląd w siebie. Pokazuje nam to, co jest w nas unikalne, jak i to, co jest schematyczne, powtarzalne i przewidywalne.

W takim samopoznaniu pomagają nam różne klasyfikacje i testy dostępne na rynku np. Myers-Briggs  Indicator (MBTI), który jest rozszerzoną koncepcją Carla Gustava Junga czy pięcioczynnikowy model osobowości Wielka Piątka autorstwa Paula Costy i Roberta McCrae. Są to bardzo pomocne narzędzia, ale ja zdecydowałam się pokazać Wam klasyfikację, która przekonuje mnie szczególnie.

 Twój psychologiczny autoportret


Systematyka typów osobowości zaproponowana przez Johna L. Oldhama i Lois B. Morris została oparta na klasyfikacji zaburzeń osobowości. Autorzy założyli, że wyodrębnione przez psychiatrów zaburzenia osobowości można postrzegać jako skrajne przypadki w kontinuum normalnych, indywidualnych różnic osobowościowych. Czternaście zaburzeń osobowości (DSM-IV) to doprowadzone do skrajności przypadki czternastu typów osobowości, które w różnym stopniu cechują każdą jednostkę ludzką. 

Wyróżniamy więc:

1.Typ Sumienny (zaburzenie osobowości obsesyjno-kompulsywne).
2. Typ Pewny Siebie (zaburzenie osobowości narcystyczne)
3. Typ Dramatyczny (zaburzenie osobowości histrioniczne)
4. Typ Czujny (zaburzenie osobowości paranoidalne)
5. Typ Zmienny (zaburzenie osobowości bordeline)
6. Typ Oddany (zaburzenie osobowości patologiczna zależność)
7. Typ Samotniczy (zaburzenie osobowości schizoidalne)
8. Typ Wygodny (zaburzenie osobowości bierno-agresywne)
9. Typ Wrażliwy (zaburzenie osobowości ucieczkowe)
10. Typ Nie-zwyczajny (zaburzenie osobowości schizotypalne)
11. Typ Awanturniczy (zaburzenie osobowości antyspołeczne)
12. Typ Ofiarny (zaburzenie osobowości autodestrukcyjne)
13. Typ Władczy (zaburzenie osobowości sadystyczne)
14. Typ Poważny (zaburzenie osobowości depresyjne)

Twoja osobowość to niepowtarzalna mieszanka wszystkich tych typów, które występują u Ciebie w różnym natężeniu. Każdy z tych typów jest normalny i powszechny. Żaden z nich nie jest lepszy od innego. Każdy ma swoje mocne i słabe strony. 

Przez najbliższe tygodnie będę prezentować na mojej fejsbukowej stronie (www.facebook.com/coachyourselfpl) 14 typów. Śledząc moje FB poznacie cechy charakterystyczne typów, to jak dany typ radzi sobie w związkach, w pracy, z emocjami oraz jak dobrać partnera mając dominujący określony typ. Myślę, że czytając opisy z łatwością odnajdziecie w nich cechy swoje i swoich najbliższych. Dzięki temu zrozumiecie dlaczego czujecie, kochacie, myślicie i postępujecie właśnie tak. Zapraszam do towarzyszenia mi w malowaniu własnego portretu.


Julitta Dębska

Źródła:
Twój psychologiczny autoportret. Dlaczego czujesz, kochasz, myślisz, postępujesz właśnie tak., John M. Oldham, Lois. B. Morris
DSM-IV - Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, 4th edition, Washington, American Psychiatric Association 1994.

niedziela, 26 listopada 2017

Jak długo trwa coaching?

 

 

Jeśli zastanawiałeś się kiedyś nad pójściem do coacha, jednym z pytań, które mogło pojawić się w Twojej głowie, zapewne było to o długość całego procesu. Kiedy zobaczę efekty? Jak długo trwa sesja coachingowa? Ile jest spotkań? Jak częste są te spotkania?


Zacznę od teorii, by potem pokazać Ci, jak wygląda praktyka.


Na większości szkoleń z coachingu, na których byłam podawane były podobne założenia dotyczące ilości, długości i częstotliwości sesji coachingowych. Opierają się one o zasady szkoły ICC (International Coaching Community), która była jedną z pierwszych organizacji coachingowych, jakie pojawiły się w Polsce i wywarła duży wpływ na kulturę coachingu w naszym kraju. Te zasady, które praktykuje wielu coachów i organizacji wdrażających coaching oparte są na założeniu, że coaching to proces zmiany, która następuje w czasie. Czas ten określany jest przez klienta podczas ustalania celu coachingu, ale zazwyczaj jest to kilka miesięcy. W tym czasie odbywa się około ośmiu spotkań. Coach i coachee (klient coachingu) widują się  mniej więcej co trzy tygodnie na godzinnych lub 1,5 godzinnych sesjach. 

Tak ustalony harmonogram spotkań daje wiele korzyści zarówno coachowi jak i klientowi. Wyznaczenie konkretnych terminów spotkań oraz ich ilości już na samym początku procesu motywuje do pracy nad celem i mobilizuje klienta. Pozwala to na efektywne zarządzanie czasem zarówno coacha jak i coachee. 

Trzytygodniowa przerwa między spotkaniami to odpowiednio długi czas na to, by wdrożyć zaplanowane działania, nowe nawyki, zachowania. Trzy tygodnie czyli 21 dni to według Briana Tracy czas potrzebny na wdrożenie nowego nawyku. Niektórzy coachowie twierdzą, że prawdziwy coaching ma miejsce właśnie podczas tej przerwy, kiedy klient ma czas na refleksję nad tym, co zaszło podczas spotkania z coachem, a w jego głowie pojawiają się nowe odpowiedzi na zdane podczas sesji pytania. W tym czasie myśli porządkują się. Wszystko to wzmocnione jest zadaną przez coacha 'pracą domową' czyli zadaniem rozwojowym do wykonania do następnego spotkania. Dłuższa przerwa między sesjami mogłaby spowodować zapomnienie o celu. Zwiększyło by to prawdopodobieństwo demotywacji klienta. 

60-minutowa lub 90-minutowa sesja to na tyle dużo czasu, by klient dokonał ważnych odkryć, natomiast na tyle niewiele, że klient nie jest spotkaniem zmęczony.

W takich właśnie cyklach 8 sesji trwających 90 minut, odbywających się co trzy tygodnie, bardzo dobrze pracowało mi się w organizacjach, gdzie prowadziłam z menedżerami coachingi biznesowe. Tak ułożony proces coachingowy wspierał menedżerów w realizacji ich codziennych celów.

A teraz trochę praktyki spoza korporacji.


Nie każdy cel życiowy wymaga kilkumiesięcznej pracy z coachem, ale bywają też takie, które potrzebują dłuższego, regularnego wsparcia. Jeśli na coś pracowałeś 30 lat, to nie licz, że zmienisz to po jednej godzinie rozmowy z coachem. Wszystko więc zależy od rodzaju sprawy z jaką przychodzi klient. Są cele, na które sam klient daje sobie tylko miesiąc i uważa, że jest to realny termin ich realizacji. Wtedy zdarza się, że coach wspiera klienta częstszymi spotkaniami. Zasadne jest spotkanie się co tydzień, by weryfikować, jak daleko jest klient od celu, jakie zrobił postępy i by motywować go do kolejnych działań. Takim celem może być np. zmiana pracy w konkretnym, narzuconym nieraz przez okoliczności terminie.

Są jednak cele bardziej złożone, do których dochodzi się etapami np. te związane z własnym życiem wewnętrznym, z akceptacją siebie, pracą z własnymi przekonaniami, z relacjami z innymi ludźmi. 

Niektóre relacje coachingowe są otwarte i nie mają ustalonego terminu zakończenia. Często zaczynają się od uzgodnienia minimalnego czasu trwania. np. trzy miesiące, ale mogą trwać latami. Relacja coachingowa staje się wówczas częścią systemu wsparcia klienta, w miarę jak dokonuje on ważnych zmian w swoim życiu, przechodzi przez kolejne fazy rozwoju, staje w obliczu niespodziewanych wyzwań. (Coaching koaktywny. Umiejętności wspierające sukces klienta. L. Withworth)

Według badań International Coach Federation najbardziej popularną formą coachingu są 30-minutowe sesje przez telefon, trzy do czterech razy w miesiącu. Ta forma nie jest jeszcze bardzo popularna w Polsce. Przez Polaków wciąż bardziej preferowane są bezpośrednie spotkania z coachem. Takie spotkania zazwyczaj trwają dłużej niż wspomniane 30 minut. Na czas wpływa również liczba osób, które biorą udział w sesji. Jeśli decydujemy się na coaching w parze lub na udział w coachingu grupowym, warto założyć, że ten czas będzie nieco dłuższy od przeciętnej, godzinnej sesji coachingowej.

Jednakże najlepszą odpowiedzią na pytanie jak długo i jak często będzie: Tak, jak będzie najlepiej w przypadku tego coacha i tego klienta. Ważne, by zasady współpracy zostały ustalone na początku, a coach wyraźnie zaznaczył, jaka częstość i długość sesji będzie najbardziej efektywna w konkretnym przypadku. Kiedy więc już opowiesz coachowi o swojej sytuacji, ustalicie cel coachingu i czas, który dajesz sobie na jego realizację to możesz swobodnie wymagać od coacha określenia zasad współpracy takich jak częstość i długość spotkań. 


Julitta Dębska

niedziela, 19 listopada 2017

Jak często uprawiają seks szczęśliwe pary?



 

W ubiegłą sobotę 11 listopada byłam gościem Pytania na Śniadanie i odpowiadałam na pytanie: Jak często uprawiają seks szczęśliwe pary. Z uwagi na to, że mieliśmy tylko 8 minut, a ja jestem gadułą, to postanowiłam wypowiedzieć się w tym temacie nieco szerzej na blogu. Seks jest jednym z aspektów relacji romantycznych, więc jak najbardziej temat pasuje do tego miejsca.



Jak często uprawiają seks szczęśliwe pary?



Korelacja między poczuciem szczęścia w związku romantycznym, a ilością seksu w związku była już wielokrotnie badana. Wyniki dotychczas przeprowadzonych badań nieco różnią się między sobą, aczkolwiek nie są to diametralne różnice. Z większości wynika, że seks owszem ma wpływ na zadowolenie z relacji. 


Niedawno w magazynie The Society for Personality and Social Psychology ukazało się badanie Uniwersytetu w Chicago, z którego wynika, że szczęśliwe pary kochają się ze sobą średnio raz w tygodniu. Okazało się również, że wzrost ilości stosunków w tygodniu, nie wpływa na wzrost satysfakcji z relacji. 


Inne badanie, The Normal Bar, przeprowadzone na 100 tys. respondentów z całego świata wykazało natomiast, że magiczną liczbą są 3-4 stosunki seksualne w tygodniu, co przekłada się na średnio 12 razy w miesiącu. Jest to zbieżne z nieco mniejszym badaniem przeprowadzonym przez Garyego Neumana, który pracował z zamężnymi kobietami (400 kobiet). Z jego statystyk wynika, że niezadowolone mężatki kochają się z mężem średnio 3-4 razy w miesiącu, podczas gdy zadowolone panie, uprawiają seks 11 razy w miesiącu.

Na uwagę zasługuje na pewno badanie "Seks a pogoń za szczęściem: jak życie erotyczne innych ludzi wpływa na nasze samopoczucie”. Z niego dowiadujemy się bowiem, że nie tyle ilość stosunków seksualnych z partnerem wpływa na nasze poczucie szczęścia, co ilość tych stosunków w porównaniu do ilości, jaką odbywają inni. Ważne jest dla nas jak wypadamy na tle innych, naszych sąsiadów, znajomych, Polaków. Nie chodzi tutaj o rywalizację, a o poczucie bycia w normie. Zwłaszcza w tej sferze chcemy mieć pewność, że wszystko jest z nami w porządku i mieścimy się w „widełkach”.  


Oczywiście nauka pomaga nam odpowiadać na najważniejsze pytanie, ale do seksualności warto jednak podejść indywidualnie. Każdy z nas ma inne potrzeby, libido, doświadczenia, a każda para ma swoją własną harmonię i tempo. Ważne, by o tym rozmawiać, działać, ale też nie zmuszać się.


To taki niby banał, ale naprawdę nie liczy się ilość, ale jakość tego seksu. Są pary, które kochają się np. raz, dwa razy w miesiącu i są z tego zadowolone. Partnerzy rozumieją to, że pożądanie jest jak fazy księżyca, pojawia się i znika, by znów się pojawić. Potrafią budować namiętność i pożądanie, a te kilka niezwykłych sytuacji w zupełności im wystarcza. Inne pary mogą uprawiać seks codziennie, a i tak nie są zadowolone ze swojego życia seksualnego, bo czegoś w tym seksie może brakować. Seks może być u takich par, rutyną, zadaniem do wykonania, nieprzyjemnym obowiązkiem i niekoniecznie jest czynnikiem satysfakcji. 


Ważne, by poznać samego siebie, swoje potrzeby, pragnienia, fantazje. Wiedzieć, co mi sprawia przyjemność. Jeśli partnerzy znają swoje własne potrzeby to jest to platforma do komunikacji, do rozmowy o tym w parze. Możemy wtedy wzajemnie pokazać sobie to, co sprawia nam satysfakcję. Musimy najpierw jednak być tego świadomi. Być świadomymi istotami seksualnymi.

Ważne są też otwartość na potrzeby partnera i ich zrozumienie. Bywa, że partner z powodów zawodowych, silnego stresu, różnego rodzaju problemów zwyczajnie nie ma ochoty na seks. Zmuszanie go do tego, robienie wyrzutów tylko pogarsza wtedy sytuację. Powoduje napięcie i separuje partnerów od siebie. 


Kiedy jest na to najlepszy czas według naszego zegara biologicznego?



Chcąc zadbać o jakość naszego seksu, warto przyjrzeć się swojemu zegarowi biologicznemu. Najczęściej kochamy się w weekendy, soboty i niedziele między 21.00 a 23.00, natomiast nie jest to najlepszy czas ani dla kobiet ani dla mężczyzn. Dla panów biologicznie idealnym momentem jest poranek, kiedy organizm mężczyzny budzi się i wytwarza dużo testosteronu. Nieco inaczej wygląda to jednak u kobiet, które nad ranem są nieco ospałe z powodu melaniny, która wytwarza się w ich organizmach. Rozwiązaniem są tutaj więc takie pozycje, które nie będą gwałtownie wybudzały kobiety ze snu. Kolejny dobry moment w ciągu dnia to popołudnie, kiedy niestety bardzo często z uwagi na obowiązki i pracę nie mamy przestrzeni na seks. Natomiast w dni, w których możemy sobie na to pozwolić, warto te chwile wykorzystywać. Optymalnym czasem zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn jest godzina między 20.00 a 21.00.


Natomiast warto zwrócić uwagę na fakt, że to również jest sprawa indywidualna. Ludzie mają różny tryb pracy. Niektórzy pracują z domu i wstają bardzo późno, są osoby, które pracują nocami. Mamy też różne nawyki, przyzwyczajenia wynikające ze stylu życia. Wreszcie na ten rytm ma wpływ poziom stresu, choroby, starzenie się. Dlatego ważne, by przyglądać się sobie. Warto by każdy z partnerów robił to indywidualnie, ale również, by para przyglądała się tym rytmom wspólnie i wyciągała z nich wnioski. 


Czy seks może odstresować i rozładować napięcie?



Od strony biologicznej tak, ale nie polecałabym wykorzystywania seksu jako narzędzia do rozładowania napięcia. Zagrożeniem jest to, że zaczniemy i sam seks i partnera traktować instrumentalnie. Seks może stać się wtedy „lekarstwem” na choroby duszy podobnym do chociażby kieliszka wódki. Z czasem więc stracimy w takim seksie kontakt i ze sobą i z partnerem. 


Stres jest również często powodem problemów seksualnych i w takich sytuacjach bardzo ważne jest zrozumienie i wsparcie ze strony partnera. 


Co zrobić by utrzymać namiętność w związku?



Tutaj odwołam się do wskazówek nowojorskiej psychoterapeutki par, Esher Perel. Esther badała pary na całym świecie. Pytała badanych między innymi o to, kiedy partner pociąga ich najbardziej. 

W różnych zakątkach świata, bez względu na położenie geograficzne powtarzały się trzy odpowiedzi. Po pierwsze, badani podkreślali, że czują namiętność do partnera, kiedy on jest daleko np. w podróży lub w delegacji i kiedy przychodzi moment jego powrotu. Kolejna sytuacja, która się powtarzała to, kiedy partner jest w swojej pracowni lub jest na scenie. Partner jest w swoim żywiole, czymś się pasjonuje. Jest wtedy promienny i pewny siebie. Trzeci rodzaj sytuacji, to kiedy pojawia się coś nowego i badany jest tym faktem zaskoczony. Ale uwaga, wcale nie chodzi tutaj o nowe pozycje ani repertuar technik seksualnych. Kryzys pożądania to często kryzys wyobraźni.


Biorąc to wszystko pod uwagę, dobrze jest patrzeć na partnera z pewnego dystansu. Kiedy jesteśmy sklejeni z ukochanym, nie mamy szansy na to, by nas czymś zaskoczył, by zobaczyć, jaki jest wyjątkowy, jak zachowuje się, gdy spełnia się w swojej pracy lub pasji. Jesteśmy tak blisko, że przestajemy się dostrzegać. To w przestrzeni między dwojgiem ludzi leży erotyczny entuzjazm i pożądanie. 


Polecam również pytanie, które Esther zadaje swoim klientom: Co zrobiłeś w tym tygodniu by nie mieć seksu? Może nie zmieniłeś skarpet? Może się nie umyłaś? A może nie dałeś znać partnerowi, że Ci na tym zależy?

Julitta Dębska 


niedziela, 5 listopada 2017

Jesteś cudem!



Tak o Tobie mówię. Jesteś cudem i możesz czynić cuda.

Jak się poczułeś z tą myślą? 

Jeśli chcesz więcej takich przeżyć to zachęcam Cię do sięgnięcia po książkę Reginy Brett o takim właśnie tytule - Jesteś cudem. Ja miałam ją już w rękach wielokrotnie. Chciałam też ją podarować siostrze w poprzednie Święta Bożego Narodzenia  z przesłaniem, że jest cudem, ale zamiast tego dostała ode mnie poradnik o tym, jak być hygge. W tym tygodniu sprezentowałam ją sobie w jednym z dyskontów, do którego wybrałam się po kokosy, hummus i coś na obiad. I zupełnie nie spodziewałam się tego, że w sklepie spożywczym, pierwszą rzeczą, którą wrzucę do koszyka będzie książka.

50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym

Możesz sobie pomyśleć, że raczej nie znajdziesz wielkiej literatury w Biedrze. I nie będę się spierać z tymi, którzy twierdzą, że to nie jest ambitna twórczość. Natomiast to, co autorka robi z emocjami czytelnika to absolutny majstersztyk. Książka składa się z 50 historii o zwykłych, a jednocześnie cudownych ludziach. Każde opowiadanie to zaledwie około pięciu stron, ale napisanych tak, że czytając śmiejesz się i płaczesz. Przyznaję, że jestem osobą, która łatwo wzrusza się na filmach, a nawet podczas oglądania wiadomości ze świata, ale naprawdę te historie mają w sobie moc. Są to lekcje tego jak żyć szczęśliwie, będąc przede wszystkim dobrym człowiekiem. 

Jak korzystać z książek w coachingu?


Tego typu książki są świetnym narzędziem coachingowym! W coachingu bowiem dobrze sprawdza się praca z metaforą. Do tego coach wykorzystuje opowieści, legendy, bajki, własne historie, karty, które mają pokazać klientowi oddmienną perspektywą lub ją poszerzyć. Każdy znajduje coś innego dla siebie w takiej metaforze - refleksję, myśl, zdanie, które prowadzą w stronę celu, jaki jest tematem coachingu.W niedzielny wieczór książka może zastąpić Ci snującego opowieść coacha. 

Jak to zrobić? Pomyśl o swojej sprawie, problemie, celu. Możesz też zadać pytanie, tak jakby zrobił to coach. Odpowiedź znajdziesz na stronie, na której otworzy się wybrana przez Ciebie książka. Rozwiązania możesz szukać też w całym rozdziale. Książka Reginy Brett świetnie mi się sprawdza przy takim ćwiczeniu, ponieważ każda z 50 lekcji jest budująca, motywująca, skłania do refleksji, stawia pytania. Dla przykładu, odpowiedzi na pytanie dotyczące relacji z Twoim mężem możesz szukać w rozdziale "Dawaj tak, jakby świat był twoją rodziną, bo nią jest" albo "Uważaj na słowa. Powściągnij język i pióro".

Pomyśl więc o swoim celu lub sprawie, która Cię trapi. Otwórz wybraną przez Ciebie książkę na dowolnej stronie. Przeczytaj rozdział lub stronę i zadaj sobie pytania:

- Jak to się ma do mojego celu?
- Co z tego biorę dla siebie?
- Co mi to pokazuje?
- Jaka z tego płynie lekcja dla mnie?
- Co mówi mi moja intuicja?

Inny sposób pracy z tą konkretną pozycją Reginy Brett to czytanie o poranku jednej opowieści i refleksja nad nią.

- Co z tej historii biorę dla siebie?
- Jak podejdę do spraw, które się wydarzą?
- O co dziś zadbam?

Zachęcam Cię do takiej codziennej refleksji i odkrywania siebie, jak również do czytania. Efekt dwa w jednym. A ja sprawdzę nową książkę Reginy Brett pod pięknym tytułem "Kochaj", bo mam podejrzenie, że może być przydatnym narzędziem do takiej codziennej zabawy połączonej z pracą nad relacją z samym sobą i miłością do siebie.

Julitta Dębska

Popularne posty