niedziela, 14 maja 2017

Zasada niedostępności




Jeśli chcesz rozwijać Twoje relacje biznesowe i prywatne warto, byś znał podstawowe zasady psychologii wywierania wpływu. Nie chodzi o to, abyś manipulował innymi ludźmi, ale byś taką manipulację potrafił rozpoznać i umiał się przed nią obronić. Większość reguł związanych z wywieraniem wpływu działa w sposób naturalny i ulegamy im każdego dnia. Co więcej, pozwalają nam one bezpiecznie funkcjonować w społeczeństwie właśnie dlatego, że im ulegamy. Bywa jednak, że ktoś chce te zasady nadużyć, a wtedy warto być świadomym tego, co się dzieje. Warto również umieć rozpoznać sytuacje, w których takie zasady działają i umieć mądrze wykorzystać je na swoją korzyść (nie naruszając oczywiście przy tym granic innych osób).

Zacznijmy od reguły niedostępności. Bardzo kojarzy się ona ze związkami damsko-męskimi, ale jest szeroko wykorzystywana w biznesie. W dużym skrócie chodzi o to, że wszyscy lubimy gonić króliczka i dopóki on ucieka jest dla nas pociągający, a jego wartość w naszych oczach wzrasta. 

Mimo tego, że znam tę zasadę, jestem świadoma jej działania, to sama ostatnio jej uległam. Wybierając kierunek wakacyjny nie mogłam się zdecydować i dopiero, gdy zobaczyłam na stronie internetowej komunikat o tym, że zostały ostatnie miejsca, natychmiast się zdecydowałam. Kiedy trafiamy na ograniczoną w czasie lub ilościowo okazję, nabieramy ochoty na coś, co samo w sobie wcale nas nie pociąga. Może z perspektywy czasu wybrałabym inny kierunek. Ty może nie kupiłbyś torby, która Ci się nie podoba, ale została wystawiona w niezwykle atrakcyjnej cenie w promocji ograniczonej czasowo. 

Regułę tą być może zastosowana w Twoim przypadku, kiedy szukałeś jakiejś nieruchomości np. na wynajem lub chciałeś kupić mieszkanie. Możliwe, że usłyszałeś  od agenta nieruchomości, że to jest jedyne mieszkanie na tym osiedlu spełniające wymagane przez Ciebie parametry. Całkiem prawdopodobne, że agent tak zorganizował wizyty na terenie nieruchomości, by potencjalni nabywcy spotkali się i widzieli, że tym drugim bardzo zależy i właściwie już się zdecydowali. Wartość takiej nieruchomości w naszych oczach wtedy rośnie. Na drugi plan schodzi głośny pociąg pod oknem, krzywe ściany czy nieprzyjemny sąsiad. 

Bywa też, że zainteresujemy się w sklepie sprzętem, który okazuje się być niedostępny w magazynie. Nagle sprzedawca odnajduje na zapleczu ostatni egzemplarz i pyta czy jesteśmy na niego zdecydowani. Bez większego namysłu decydujemy się na sprzęt, który być może nie spełniał wszystkich naszych potrzeb. Możliwa utrata czegoś jest jednak bardzo mocnym narzędziem motywacyjnym. 

W codziennej komunikacji zaś widać tę przewagę osoby dzwoniącej do nas podczas spotkania nawet z niezwykle interesującą osobą. Trudno jest się oprzeć temu, by nie odebrać telefonu, ponieważ możemy raz na zawsze utracić informację, którą ktoś chciał nam przekazać.

W tych wszystkich sytuacjach działa reguła niedostępności. Jeszcze raz to podsumuję. Polega ona na przypisywaniu większej wartości tym możliwościom, które stają się dla ludzi niedostępne. Posługiwanie się tą regułą w celach osiągnięcia zysku widoczne jest w takich technikach sprzedaży, jak ograniczona liczba egzemplarzy czy nieprzekraczalny termin sprzedaży, w którym sprzedawcy usiłują nas przekonać, że dostęp do jakichś artykułów jest ilościowo lub czasowo ograniczony. 

Jak się bronić wiedząc to wszystko?


Niestety jest to bardzo trudne. Naciskowi wynikającemu z niedostępności trudno jest przeciwstawić się siłami samego rozumu. Emocje, które wtedy powstają utrudniają nam myślenie. To, co możemy zrobić, to przyglądać się fali przypływu emocji. Jest ona dla nas sygnałem, że należy nieco ochłonąć i odpowiedzieć na pytanie, po co tak naprawdę chcemy mieć to trudno dostępne dobro.

Jak skorzystać z tej reguły prowadząc swój biznes?


Ucz się od praktyków. Kilka przykładów już opisałam. Promocje ograniczone czasowo i ilościowo na pewno bardziej zmotywują Twoich klientów do zakupu.

Poza tym jeśli świadczysz usługi nie odpisuj obsesyjnie na każdy e-mail w momencie, w którym go otrzymujesz. Poznałam kiedyś osobę, która prowadząc swój biznes wyznawała zasadę, że klient musi być obsłużony na najwyższym poziomie i jeśli klient pochodził z drugiej półkuli (a zdarzało się to często), to odpisywała mu nawet w środku nocy. Do tego samego zobowiązani byli jej pracownicy. Jeśli klient dzwonił lub pisał w środku nocy jej pracownicy zawsze musieli natychmiastowo zareagować. Zasada niedostępności podpowiada nam jednak, że jeśli odbiorca naszej usługi poczeka chwilę (oczywiście nie popadamy tutaj w absurdy w drugą stronę), to będzie bardziej cenił naszą obecność. Ma wtedy przeświadczenie, że jesteś specjalistą, który ma wielu klientów i Twój czas jest cenny. 

Jak tę zasadę zastosować w relacjach damsko-męskich?


Kiedy ktoś bardzo nam się podoba kusi nas niezmiernie to, by się do  niego odezwać, pisać, telefonować. Boimy się o to, by przypadkiem nasza miłość o nas nie zapomniała, dlatego wciąż się przypominamy. Staramy się być widoczni tym bardziej, im nasz wybranek jest niedostępny. Kiedy nie odpisuje to my piszemy wiadomość formatu kartki A-4. Kiedy nie oddzwania zasypujemy go smsami. Gonimy, bo lęk przed stratą i oddaleniem nie pozwala nam się uspokoić. W takim wypadku lepiej jednak uspokoić emocje i ograniczyć  nieco komunikację. Pozwól swojemu wybrankowi zatęsknić i poczuć działanie tej reguły. Pamiętaj, że jest skuteczna w obie strony.

Osobiście istnienia w przyrodzie zasady niedostępności nie lubię, ale nie mam wpływu na to, że ona po prostu jest i działa. To, co mogę zrobić to być uważną na swoją falę emocji i nie poddawać się jej. 

Julitta Dębska

Na podstawie: Robert B. Cialdini, Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka.

sobota, 29 kwietnia 2017

Dlaczego przyciągam nieodpowiednie osoby?


 "Miłość jest piękna, czysta, krystaliczna". Te słowa kazał mi powtarzać sobie mój coach (tak, jako coach również mam swojego coacha :) ). To nie było łatwe przyznać się do tego przed samą sobą, ale właśnie wiary w to, że miłość jest piękna brakowało mi do tego, by wpuścić ją na dobre do swojego życia. 


Taki brak wiary w miłość może objawiać się w wyborze partnerów, którzy są niedostępni, z pewnym względów poza naszym zasięgiem. Mogą to być osoby mieszkające na innym kontynencie, będące już w związkach, w ekstremalnych sytuacjach może to być np. Brad Pitt lub moja ostatnia miłość Dave Gahan. ;) Występują więc różnego rodzaju przeszkody, które uniemożliwiają realizację takiego związku. 

Innym przykładem może być wybór partnerów niedostępnych emocjonalnie. Są to osoby,  które odrzucają nasze uczucia, nie są w stanie się zaangażować, a ich potrzeby w sferze romantycznej bardzo odbiegają od naszych. Dla przykładu my chcemy (bądź wydaje nam się, że chcemy) założyć rodzinę, być w bliskiej relacji z drugim człowiekiem, a nasz kochanek (w tym wypadku tak go właśnie nazwijmy) koncentruje się przede wszystkim na przyjemności cielesnej, najlepiej z wieloma partnerkami, bo nie ma potrzeby ograniczania się w tym zakresie. 

Brak wiary w to, że miłość jest dobra powoduje również to, że wybieramy ludzi, których zachowanie i słowa sprawiają nam ból. Im większy ból i cierpienie, tym głębsza i prawdziwsza wydaje się być "miłość".

To wszystko są objawy strachu przed tym, czego tak naprawdę nie znamy. Pozytywne wzorce miłości są  nam obce, więc je odrzucamy zastępując je czymś, co nie da nam w dłuższej perspektywie spełnienia i satysfakcji, ale jest nam bliskie.  

Kiedy klientka coachingu przychodzi do mnie i pyta, co ma zrobić, by być z mężczyzną, który jest jej bratnią duszą, ale ma żonę odwracam więc pytanie i pytam jej: Co takiego jest w Tobie, co przyciąga właśnie mężczyznę z zobowiązaniami, który nie może się zdecydować na zmianę i jest niedostępny.  Gdy klient coachingu pyta mnie, dlaczego nie może przerwać relacji, która nie sprawia mu satysfakcji i jest dla niego toksyczna pytam go, jakie emocje z przeszłości mu to przypomina, kiedy się tak czuł i czego w takim razie jeszcze nie przepracował. Takie relacje nie pojawiają się w naszym życiu bez powodu. Nie chodzi tutaj o los czy magię. To są nasze wybory. Jeśli widzimy pierwsze objawy braku szacunku powinien to być dla nas sygnał do zatrzymania się, przyjrzenia się z dystansem dalszemu zachowaniu partnera i postawienia granic. Bywa jednak, że brak szacunku powoduje nasze większe zaangażowanie, bo kojarzy nam się z czymś, co jest nam znane.

Odrzucenie, agresję, cierpienie, niedocenienie, umniejszanie kojarzymy np. z dzieciństwa lub z wcześniejszych związków. Jest to wzorzec, który utożsamiamy błędnie z miłością. Tymczasem miłość jest piękna, czysta, krystaliczna. :)

Pierwszym krokiem do wyjścia z takiego "emocjonalnego bagienka" jest przyznanie się samemu przed sobą, że w nim jesteśmy, a to, co odczuwamy nie jest żadną miłością, a jedynie jej iluzją.  

Warto zastanowić się nad tym, co te trudne doświadczenia chcą nam przekazać. Jaką prawdę o nas nam dają? To świetna okazja do tego, by np. zidentyfikować jakiś obszar w sobie, którego nie akceptujemy.

Kolejnym krokiem jest pożegnanie tej iluzorycznej miłości, podziękowanie jej i odcięcie się od niej.

I wtedy przychodzi pora na najważniejszy, trzeci krok.  Z pełnym przekonaniem, relaksem, szczęściem w sercu i uśmiechem na twarzy powtarzamy sobie,  że miłość jest piękna. Nie chodzi o to, by tylko to do siebie mówić. Poczuj ją całym sobą. Poczuj jak przepływa przez wszystkie komórki Twojego ciała. Daj się jej roznieść po każdym zakamarku Ciebie. Zobacz jej światło w sobie. Zrelaksuj się i zaufaj temu w co wierzysz i sobie. Zakochaj się w życiu, w otaczającym Cię świecie. Pokochaj samą ideę związku zanim on się pojawi. Poczuj  tu i teraz, że jesteś w szczęśliwej relacji,  pięknej, dobrej, krystalicznej. Nie działaj, nie napieraj, tylko poczuj ten przyjemny stan. I poczekaj. :)

Julitta Dębska

niedziela, 9 kwietnia 2017

Czy rządzą nami hormony?

Dlaczego znów przyciągam ten sam typ partnera? Z jakiego powodu interesują mnie władczy, narzucający swoje zdanie mężczyźni, kiedy ja sama taka nie jestem? Dlaczego pociągają mnie szalone i odważne kobiety, a nie te spokojne i dbające o ognisko domowe?


Odpowiedzi na to pytanie można szukać oczywiście na różnych płaszczyznach. Każdy z nas ma swoją mapę, która wynika z kultury w jakiej się wychowaliśmy oraz z naszych doświadczeń. Na to kim jesteśmy i jaki mamy temperament wpływają również czynniki biologiczne takie jak geny, hormony czy układy neuroprzekaźników. 

Badań, które miały wykazać czy nasza biologia w sposób naturalny przyciąga nas do określonych partnerów podjęła się profesor antropologii Helen Fisher. Badaczka powiązała cechy osobowości z czterema układami mózgu: dopaminowym, serotoninowym, testosteronowym i estrogenowo-oksytocynowym. Badaną grupą byli użytkownicy portalu randkowego Chemistry.com, którzy wypełniali specjalnie zaprojektowany kwestionariusz. Do tego przeprowadzane były eksperymenty z wykorzystaniem obrazowania mózgu. 

Co wynika z przeprowadzonych badań?


Ludzie, u których przeważała ekspresja związana z układem dopaminowym lgnęli do podobnych sobie czyli do ciekawskich, pomysłowych, energicznych, spontanicznych, zainteresowanych nowinkami i mających otwarty umysł. Takie osoby poszukują partnera, który będzie dzielił ich ciekawość świata i wraz z nimi będzie go eksplorował. Poznawaniem świata może być zarówno egzotyczna przygoda w amazońskiej dżungli jak i koncert ulubionego zespołu. Osoby takie lubią rozmyślać i dyskutować o nowych ideach, które przyciągają ich uwagę i źle będą czuły się z kimś, kto takich zainteresowań nie podziela.

Drugi typ badanych to Ci, u których przeważa układ serotoninowy. Mężczyźni i kobiety z tej grupy to spokojni, ostrożni tradycjonaliści. W przeciwieństwie do pierwszej grupy nie przepadają za nowinkami i eksperymentowaniem. Lubią przede wszystkim to, co znają. Trzymają się zasad, potrzebują autorytetów, harmonogramów i planów. Takie osoby także szukają takich jak oni. Lepiej czują się z partnerem wyznającym podobne wartości, mającym takie same cele. Wybierają osoby spokojne, sumienne i poukładane.

O ile te dwie grupy preferują partnerów podobnych sobie, ludzi u których przeważa testosteron lub estrogen przyciągają przeciwieństwa. 

Grupa odznaczająca się dominacją testosteronu charakteryzuje się analitycznym, logicznym podejściem, wyobraźnią przestrzenną i zdolnościami matematycznymi. Są to osoby sceptyczne, bezpośrednie i autorytarne. Lubią rywalizację i wykazują się w życiu odwagą oraz bezkompromisowością. Poszukują oni swojego przeciwieństwa o wysokim poziomie estrogenów i oksytocyny. Osoby, u których przeważa właśnie ten układ są empatyczne, rozumieją emocje, doskonale radzą sobie w kontaktach z ludźmi. Mają one dobrą intuicję i potrafią myśleć długofalowo.  

Oczywiście każdy z nas wpisuje się we wszystkie cztery wymiary temperamentu, ale też u każdego z nas któryś z nich przeważa i ma on wpływ na ukierunkowanie miłości romantycznej w konkretną stronę. 

Warto zastanowić się nad tym, jaki sam masz temperament i jakim temperamentem charakteryzowali się Twoi dotychczasowi partnerzy. Może mieli jakieś cechy wspólne? Na ile hormony mogły zdeterminować Twoje wybory?

Julitta Dębska

sobota, 25 marca 2017

Każdy ma swój La La Land


To nie będzie kolejna recenzja filmu La La Land, co nie oznacza, że film na taką nie zasługuje. Wprost przeciwnie, warto wciąż o nim przypominać, by następni widzowie mogli się nim zainteresować i zauroczyć podczas seansu. Ja tak się właśnie czułam oglądając historię dwójki hollywoodzkich kochanków. Zakochana w filmie? Dlaczego nie? Na pewno poziom oksytocyny czyli hormonu miłości w moim ciele wzrósł. Twórcy obrazu od pierwszej minuty zabrali mnie ze sobą do swojego świata. Jestem fanką musicali, więc oczywiście porwała mnie muzyka. Zafascynowała mnie również zabawa kolorami, przepiękne zdjęcia oraz montaż. Moje serce skradła Emma Stone, która perfekcyjnie odegrała sceny z filmowych przesłuchań, zaś melodia śpiewanego i granego przez Ryana Goslinga utworu City of Stars, krąży w mojej głowie do dziś. Teraz jednak mogę spokojnie, z opanowaniem usiąść i merytorycznie napisać, co tak naprawdę na ten temat myślę. Wcześniejsza fascynacja mi to uniemożliwiała. I uwaga! Mogą pojawić się spoilery, bo nie będę już rozpływać się nad światłem i scenografią, a chciałabym skoncentrować się na relacji dwojga bohaterów. Odniesienie się do ich historii może więc wymagać zdradzenia rąbka tajemnicy.

Siła prostoty

Pomimo tych wszystkich wymienionych powyżej kategorii, w których wyróżniła twórców filmu również Akademia Filmowa, to historia Mii i Sebastiana jest siłą, która spowodowała tak ogromny sukces La La Land. I właśnie w stronę tej historii padało najwięcej zarzutów. Wytykano jej prostotę,  banalność, nudę, brak oryginalności. A jednak jej siły upatruję właśnie w tym, że jest to zwyczajna historia, która mogła przytrafić się równie dobrze Grażynie i Zbyszkowi, Dżesice i Blejkowi czy Kasi i Tomkowi. Każdy ma swój La La Land i dlatego tak łatwo jest nam utożsamić się z emocjami i dylematami głównych bohaterów.

Zakochanie

Mia i Sebastian to nie tylko marzyciele. Oni działają, podejmują wyzwania, poświęcają się, by zrealizować swoje upragnione cele. Dziewczyna konsekwentnie dąży do kariery aktorskiej. Rzuca szkołę, rusza do fabryki snów, każdego dnia przygotowuje się do kolejnego kastingu. Marzeniem Sebastiana jest zaś otworzenie własnego lokalu z klasyczną muzyka jazzową, w którym klienci będą eksperymentować z gatunkiem i pozwalać sobie na to, by spontaniczne decyzje decydowały o formie występu. Parę łączą nie tylko ideały, ale również etap, na którym się spotykają. Oboje nie mają właściwie nic. Nie mają pieniędzy na opłacenie rachunków, zarabiają pracując w kawiarni lub grając do tzw. kotleta repertuar niekoniecznie zgodny z ich ambicjami. Ledwo wiążą koniec z końcem, ale pasja dodaje im życiowej energii i wzmacnia ich determinację w dążeniu do upragnionych celów. Kiedy Mia i Sebastian zaczynają się spotykać z zaciekawieniem wchodzą w swoje światy, są dla siebie wsparciem, opoką i trenerem motywacyjnym. 

Konflikt

Naturalne jednak w związku jest to, że po początkowej fazie zachwytu, zakochania, w której to patrzymy na partnera przez różowe okulary skupiając się tylko na tym, co jest w nim piękne i dobre, przychodzi moment kryzysu. Jest to faza niezadowolenia, buntu, w której zwracamy uwagę przede wszystkim na to, co jest źle, co nas różni i czego w partnerze nie lubimy. Jeśli będziemy świadomi tego, że właśnie wkroczyliśmy do tej fazy (bo przechodzi przez nią każdy związek) i będziemy umieli na tym etapie dojrzale komunikować się z partnerem, zwiększamy swoje prawdopodobieństwo na happy ending, a raczej na happily ever after, bo szczęśliwe zakończenia są faktycznie tylko w amerykańskich filmach, a w naszym codziennym życiu mierzymy się jeszcze ze światem, który jest po napisach końcowych. 

Ach te teściowe

Komunikacja naszych bohaterów odbiegała od ideału. W pierwszych recenzjach, które czytałam podkreślane było to, że postać, którą grał Ryan Gosling to typowy karierowicz, zorientowany na sukces i nie liczący się z uczuciami swojej kobiety. Czyżby? Zauważmy od czego rozpoczęła się przemiana Sebastiana czyli moment, w którym zrezygnował ze swoich ideałów i zapomniał na chwile o wartościach, którymi się kieruje. Był to telefon przyszłej teściowej! ;) Bo tak to w życiu bywa, że poza dwójką zakochanych są też osoby trzecie, które lubią doradzać, wtrącać się  i czy tego chcemy czy nie, tworzymy z nimi pewną konstelację, która ma wpływ na nas i na nasze zachowania. Tak też stało się w tym wypadku. Sebastian usłyszał przypadkiem, że owa teściowa podważa to, co robi i ile zarabia. Wpadł w pułapkę myślenia "nie jestem dla niej dość dobry", albo inaczej "nie zasługuję na nią". I od tego momentu starał się zasłużyć. Chcąc udowodnić to, że nie jest tylko marzycielem, ale zrealizuje swój cel i zarobi pieniądze, oddalił Mię od siebie. Kierował się nie oczekiwaniami Mii, a otoczenia. Myślał, że w ten sposób zasłuży na ten związek, wykaże się, a w oczach partnerki po prostu zmienił się nie do poznania - na gorsze.

Gotowość na sukces partnera

Mia też nie była w tym wszystkim bez skazy. Nagle Sebastian zaczął odnosić sukcesy. Miał swoje przysłowiowe pięć minut. Koncerty, występy w mediach, sesje zdjęciowe. Nie było to może zgodne z jego ideą grania klasycznego jazzu, ale jak się później okazało, był to krok, który otworzył mu do tego drzwi. Jakie wsparcie i zrozumienie dostał od partnerki? No właśnie tych dwóch elementów w tym momencie zabrakło. Mia była skoncentrowana przede wszystkim na sobie. Na tym, jak ona się w tym czuje, jak to na nią wpływa, budząc tym samym poczucie winy w Sebastianie. Zaczęła również podważać to, co robi i krytykować go. Co zrobiłaby na jej miejscu dojrzała kobieta? Cieszyłaby się z sukcesu ukochanego i dawała mu potrzebne w tym momencie wsparcie. W życiu każdego z nas są różne górki i dołki. Nie zawsze będziemy trwać w sytuacji, którą zastaliśmy na początku związku. Możemy zarówno stracić pracę, jak i awansować na stanowisko prezesa. I wtedy weryfikuje się często to, kogo pokochaliśmy, czy drugiego człowieka, czy swoje wyobrażenie o nim.

Sebastian również mógł się wykazać większą empatią, być bardziej asertywny w stosunku do współpracowników i wspierać Mię, która czuła się w tym momencie niedoceniana. Jego postawa także nie była dojrzała. Dlatego związek się rozpadł.

Utracona szansa

Szkoda, bo w dalszej części filmu widzimy, że to nie było zauroczenie, a miłość. Miłość rozpoznajemy w postawie Sebastiana, który już po rozstaniu mobilizuje dziewczynę do walki o swoje marzenia. Jedzie po nią setki kilometrów, by zabrać ją na kasting, który okazuje się być szansą jej życia. Wie też o tym, że właśnie w ten sposób traci ją raz na zawsze, ale daje jej przestrzeń do realizacji swojego pragnienia.

Czy można było rozwiązać to lepiej? Zapewne. Wizję idealnego scenariusza widzimy podczas ostatniego występu Sebastiana przed Mią, który miał miejsce w jego własnym jazzowym klubie. Wtedy w myślach bohaterów pojawia się idealny scenariusz, na który wcześniej nie byli gotowi. 

Bywa, że żałujemy tego, co było i zastanawiamy się, co by było gdyby. Pamiętajmy jednak, że zawsze zachowujemy się tak, jak najlepiej potrafimy w danej chwili. W tym konkretnym momencie życia,  para bohaterów nie potrafiła postąpić inaczej. Co nie oznacza, że nie należy wyciągać wniosków z tego, co dzieje się w naszym życiu.  Każda taka sytuacja jest dla nas okazją do analizy swojego zachowania, emocji, reakcji i świadomego wyboru nie powtórzenia negatywnego dla nas wzorca w przyszłości.

Ja dopiero kilka dni po seansie przypomniałam sobie o tym, że przeżyłam bardzo podobną historię ponad dziesięć lat temu. I dla mnie była ona mimo swojej prostoty, wydarzeniem niczym z hollywoodzkiego filmu właśnie. Ona i on na wschodnim wybrzeżu USA. Ona przyjechała na chwilę z Polski i ma wracać do ojczyzny, by dokończyć studia. On pochodzi z Izraela i w Stanach chce zrobić muzyczną karierę. Po serii skomplikowanych incydentów, zupełnie przypadkiem, myląc terminale lotnicze, spotykają się na największym lotnisku świata JFK, by tam uszczypnąć się w niedowierzaniu i przytulić się po raz ostatni. W dalszej części historii podpatrują swoje dzieci i zdjęcia ze ślubu na portalu społecznościowym, zastanawiając się pewnie czasem co by było gdyby. A co było przed magicznym spotkaniem na lotnisku? Dylematy dotyczące wyborów, rozwoju zawodowego, różnic kulturowych i wiele, wiele innych. Ale jestem przekonana, że nie potrzeba ulic Nowego Jorku czy Hollywood, by poczuć to, co czuli bohaterowie. Większość z nas stanęła pewnie w życiu przed podobnymi wyborami, jakich doświadczyli Mia i Sebastian i z podobnie błahych powodów, nie umiejąc poradzić sobie ze sobą samym, zakończyła obiecującą relację. 
 

Jakie wnioski warto wyciągnąć z historii bohaterów La La Land?


Po pierwsze, potrzeby w związku są bardzo ważne. Pamiętajmy jednak o tym, że nie chodzi tylko o nasze potrzeby, ale również o potrzeby naszego partnera. Oczywiście podstawą jest to, by samemu być świadomym tego, czego się potrzebuje i umieć to komunikować w odpowiedni sposób. Związek to jednak gra drużynowa i jeśli zależy nam na drugim człowieku to warto znaleźć takie rozwiązania, które pozwolą zaspokoić pragnienia obu stron. 

Po drugie, komunikujmy się otwarcie, ale bez agresji i nie twórzmy w swoich głowach alternatywnych wersji świata. Kiedy ze sobą nie rozmawiamy lub boimy się na przykład o coś zapytać, dopowiadamy sobie...najczęściej negatywną wersję zdarzeń. Pozwalanie na to, by nasza fantazja niszczyła piękną rzeczywistość jest naprawdę bez sensu.

Po trzecie, nie projektujmy innym życia. Nie decydujmy za innych, co będzie dla nich najlepsze. Dajmy partnerom możliwość wpływu na swój los.

Jestem ciekawa, jakie Wy wyciągnęliście wnioski z tej romantycznej historii bez happy endu. 

Julitta Dębska

niedziela, 19 lutego 2017

Nie zasługuję na miłość

Poznaję nową osobę i wiem, że jest tym, kogo szukam. Ma w sobie świat, który znam od zawsze i jednocześnie chcę go odkrywać na nowo każdego dnia. Wszystko się zgadza. On kończy nawet za mnie zdania jakby czytał w moich myślach. Jakby wiedział wszystko. Ogarnia mnie poczucie szczęścia. Zanurzam się w nim. Ono rozpiera mnie od wewnątrz. Na zewnątrz wygląda to tak, jakby ktoś wylewał na mnie wiadro szczęśliwej substancji. I wtedy nagle czuję paraliż. Gdybym miała to zwizualizować, opisałabym to jako ciemną kulę z kolcami, która ciąży na poziomie mojej klatki piersiowej i utrudnia oddychanie. Pojawiają się myśli, które całkowicie odbiegają od pewności, którą miałam w sobie jeszcze przed chwilą. Moje myśli zostają owładnięte wątpliwościami. Ta najważniejsza dotyczy mnie samej. To mój lęk i strach, który jest skutkiem kłamstwa na własny temat, jakie noszę w sobie. 

Kłamstwo osobiste to nasze przewodnie ograniczające przekonanie, które nie ma nic wspólnego z prawdą, ale my wierzymy, że nią jest za każdym razem, gdy pojawia się w naszej głowie (o ograniczających przekonaniach możecie poczytaj tutaj Skąd się biorą ograniczające przekonania i jak na nas wpływają ). Kłamstwo osobiste to najgorsza myśl, jaką mamy na  swój temat. Kiedy się pojawia wywołuje w nas panikę i sprawia, że zaczynamy się zachowywać w sposób irracjonalny. Dla zewnętrznego obserwatora nasze postępowanie wygląda jak autodestrukcja. Jest niszczeniem tego, co zostało zbudowane. Dla nas to mechanizm obronny przed ujawnieniem kłamstwa o nas, które uważamy za prawdę.

Wtedy zamiast przyciągać partnera, odpychamy go. Robimy wszystko, by potwierdził "prawdę", w którą wierzymy. Takie przekonania  to np.: nie zasługuję na miłość, nie potrafię stworzyć relacji, nie nadaję się do związku, mnie nie da się pokochać, jestem nieodpowiedzialna, jestem głupia, jestem nudna, nic sobą nie reprezentuję, ze mną nie da się wytrzymać, jestem złym człowiekiem, krzywdzę innych.

Ten sam mechanizm pojawia się również w innych sferach naszego życia, nie tylko w związkach. Może on ograniczać nas przed podjęciem pracy, o której marzymy. Może hamować nas przed zmianą ścieżki zawodowej. Powstrzyma nas przed rozmową o awansie, założeniem własnej  działalności, wystąpieniem na deskach teatru czy publicznym pokazaniem swoich obrazów lub fotografii. Ciężar pojawi się w okolicach serca, krtani lub głowy. Możemy odczuć prawdziwy paraliż w ciele i usłyszeć wewnętrzne głosy, które powtarzają mantrę o nas. Bardzo często są to głosy naszych rodziców, opinie kolegów, które usłyszeliśmy w dzieciństwie. Wyrwane z kontekstu stają się naszym nawykiem myślowym.

Pierwszym krokiem do tego, by ten nawyk porzucić jest identyfikacja naszego kłamstwa osobistego.
W tym celu wykonaj ćwiczenie (autor dr Joy Manne). Dokończ następujące zdania tak szybko jak potrafisz.

  1. Najbardziej negatywna myśl, jaką mam o sobie to…
  2. Powodem, dla którego  nigdy nie będę całkowicie szczęśliwy/szczęśliwa, niezależnie od tego, co osiągnę, jest to, że jestem…
  3. Problem ze mną polega na tym, że jestem…
  4. Najbardziej boję się, że ludzie zauważą, że jestem…
  5. Gdybym naprawdę wiedział/a jaka jest najbardziej negatywna myśl o mnie, byłaby to myśl, że jestem…
  6. Lęk, jaki mam przed pozbyciem się tej myśli, to…
  7. Afirmacja: Wybaczam sobie myślenie, że…

    Następnie pożegnaj się ze swoim kłamstwem. W tym celu możesz skorzystać np. z procesu, który opisałam tutaj Let Go - czyli jak sobie odpuścić. I pamiętaj, że wszystko czego pragniesz jest po drugiej stronie strachu. :) 

Julitta Dębska

  
     Obraz: Salvador Dali

niedziela, 12 lutego 2017

Badanie własnych potrzeb

Poznanie swoich potrzeb jest jednym z najważniejszych kroków na drodze do budowania dojrzałych relacji z innymi ludźmi. Jeśli nie poznamy ich w sposób świadomy, ujawnią się one w sposób nieświadomy np. poprzez manipulację. Gdy nasze potrzeby nie są zrealizowane, to nawet jeśli ich nie znamy, staramy się je osiągnąć za wszelką cenę.

Dla przykładu, kiedy moją potrzebą jest poczucie bezpieczeństwa, to będę wcielał się w rolę osoby, która wciąż potrzebuje ratunku. Mogę prowokować wtedy sytuacje, które będę wymagały heroicznej postawy od moich bliskich, a mi pozwolą poczuć bezpieczeństwo, które mam dzięki nim.

Jeśli mam potrzebę, by ktoś się mną zaopiekował, mogę symulować chorobę, wyolbrzymiać symptomy lub nawet celowo doprowadzać swój organizm do stanu chorobowego,  aby zwrócić na siebie uwagę  i wymóc w ten sposób opiekę i troskę.

Taka manipulacja, nawet jeśli nie jest w pełni świadoma, bywa destrukcyjna dla związków, zarówno tych romantycznych, jak i biznesowych. Naszego partnera zaczynamy postrzegać przede wszystkim, jako źródło zaspokajania potrzeb. Czerpiemy z niego energię, często nie oddając jej.  Uczucia schodzą na dalszy plan, a osoba, która jest przez nas manipulowana czuje się tą sytuacją coraz bardziej wyczerpana. Kiedy zauważy niezdrowe mechanizmy pozostawia nas podobnie, jak Rhett Butler, który pożegnał Scarlett O'Harę słowami: "Szczerze mówiąc, kochanie, nic mnie to nie obchodzi".


Porzuć manipulację


By przestać manipulować trzeba się przyznać najpierw samemu przed sobą do tego, że to robimy, a następnie odkryć swoje potrzeby. Warto zadać sobie następujące pytania:

1) W jaki sposób manipuluję innymi?
2) W jaki sposób zdarza mi się manipulować innymi, by osiągnąć swoje potrzeby, zamiast wprost o nich powiedzieć?
3) Jak często zdarza mi się realizować potrzeby innych tylko po to, by oni realizowali moje potrzeby?

Dotrzyj do swoich najgłębszych potrzeb


Na wielu szkoleniach z marketingu, sprzedaży, obsługi klienta uczymy się rozpoznawania potrzeb naszych rozmówców, konsumentów, współpracowników. Zdarza się więc, że jesteśmy bardziej świadomi tego, czego pragną obce nam osoby aniżeli najbliższa osoba w naszym życiu czyli my sami. Badanie potrzeb klienta ma tak naprawdę na celu dopasowanie na ich podstawie rozwiązania, które najbardziej go usatysfakcjonuje, sprawi, że będzie zadowolony i chętnie do nas wróci. Póki nie potrafimy wskazać własnych najważniejszych potrzeb, w naszym życiu brakuje satysfakcji i spełnienia. Rozmijając się z naszymi prawdziwymi potrzebami zadajemy sobie ból, oddalamy się od radości, która mogłaby wypełnić nasze codzienne zajęcia, pracę i relacje pasją. Te wyparte, niezrealizowane potrzeby jednak głośno krzyczą i ujawniają się w destrukcyjnych dla nas zachowaniach. Stąd kobiety, które tak bardzo potrzebują być kochane, że oddają się iluzji miłości sypiając z każdym nowo napotkanym mężczyzną. Stąd mężczyźni, którzy tak bardzo chcą być chwaleni i docenieni, że dla przypodobania się przełożonym zapominają o swoich wartościach. W tych dwóch przykładach możecie zamienić płeć na przeciwną i wciąż będą prawdziwe.

Wiedząc, co tak naprawdę chcemy osiągnąć, możemy podjąć decyzję o zaspokojeniu tych potrzeb w zupełnie inny sposób. Bardzo często są to potrzeby, które dawno temu wyparliśmy. W dzieciństwie mogliśmy usłyszeć, że to na czym nam zależy jest złe. Nasza potrzeba mogła zostać skrytykowana. Widząc, że przynosi nam ona wstyd wyparliśmy ją. Przyznanie się do nich i identyfikacja ich wymaga więc pracy i czasu. Integracja z naszymi prawdziwymi potrzebami jest procesem, który przynosi ukojenie i satysfakcję, dając podstawę do tworzenia zdrowych relacji z innymi ludźmi.

Oto kilka sposób na zidentyfikowanie potrzeb.

1. Przyjrzyj się różnym zachowaniom, które powtarzasz i które sprawiają Ci ból, w jakiś sposób Cię ranią. Do czego wciąż wracasz mimo, że działa to na Ciebie destrukcyjnie? Czego nie możesz przestać robić? Bardzo często za tym zachowaniem stoi ważna, niezaspokojona potrzeba, która w ten sposób walczy o swoją realizację.

2. Do odkrycia swoich potrzeb zaangażuj wewnętrzne dziecko. Wyobraź sobie, że masz 5 lat. Pobądź trochę w tym stanie. Uspokój myśli, wycisz się i pomyśl o tym czego potrzebujesz jako pięciolatek. Co jest dla Ciebie ważne? Za czym tęsknisz? Zaangażowanie wewnętrznego dziecka może przyspieszyć proces. Dzieci są śmielsze, odważniejsze. Wprost mówią o tym, czego chcą. Przywołuj więc w sobie ten stan chcąc dotrzeć do tego, czego naprawdę potrzebujesz. Twoje wewnętrzne dziecko nie zna jeszcze wstydu i strachu. Nie ocenia swoich zachcianek. Wie tylko tyle,  że czegoś chce. Bądź więc z nim w ciągłym kontakcie.  

3. W dotarciu do potrzeb pomagają różne kwestionariusze. Ja korzystam z takich narzędzi pracując ze swoimi klientami podczas coachingów. Jeśli nie masz profesjonalnie zaprojektowanych narzędzi możesz zacząć od znalezienia listy potrzeb w internecie i wyborze tych, które są Ci najbliższe. Przypatrz się również tym, które budzą Twoją niechęć. Często ta niechęć może wskazywać wypartą dawno potrzebę, której nie jesteśmy świadomi. Uważamy, że posiadanie jej jest złe, dlatego reakcja na nią jest nieprzyjemna. Jeśli rozpoznasz u siebie taką reakcję, przypatrz się jej i zastanów się z czego może ona wynikać.

Przykładowa lista potrzeb: akceptacja, osiągnięcia, uznanie, bycie kochanym, posiadanie racji, bycie zaopiekowanym, pewność, komfort, komunikacja, kontrola, bycie potrzebnym, zobowiązanie, wolność, szczerość, porządek, spokój, władza, rozpoznawalność, bezpieczeństwo, praca.

Co z tym zrobić dalej?


Każdą potrzebę trzeba doprecyzować. Jeśli masz potrzebę osiągnięć to określ czym są dla Ciebie osiągnięcia. Co to tak naprawdę dla Ciebie oznacza. Następnie odpowiedz sobie na następujące pytania:

1) Kim jestem, kiedy realizuję tę potrzebę? Jak się wtedy czuję i jak się zachowuję?
2) Kim jestem, kiedy nie realizuję tej potrzeby? Jak się wtedy czuję i jak się zachowuję?
3) Co robię by realizować tę potrzebę? Jakie sytuacje w moim życiu pomagają mi w jej realizacji?
4) Kiedy realizuję tę potrzebę w sposób krzywdzący dla mnie lub dla innych osób?
5) Jak inaczej mogę zrealizować tę potrzebę?
6) Co oddala mnie od tej potrzeby?
7) Co zrobię, by chronić moją potrzebę? 
8) Co zmienię w swoim życiu, by móc w pełni realizować moją potrzebę?

Bardzo często chcemy realizować swoje potrzeby w związkach romantycznych. Warto jednak odpowiedzieć sobie na pytanie czy ta konkretna potrzeba musi być zrealizowana właśnie w takiej relacji i czy jest jakiś inny sposób na jej realizację, który będzie mnie satysfakcjonował. Kiedy jesteśmy pewni tego, że chcemy, by nasz partner odpowiadał na nasze potrzeby, warto kierować się tym, przy jego wyborze. Jeśli bowiem będziemy z kimś przy kim ich realizacja nie będzie możliwa, towarzyszyć nam będzie ciągłe poczucie niespełnienia, a stąd już tylko mały krok do manipulacji i procesu, który opisałam na początku tego tekstu. Ważna jest również otwarta komunikacja w związku. Musimy nauczyć się mówić szczerze o tym czego potrzebujemy, czego pragniemy, co sprawia nam  satysfakcję. Koniecznie też musimy o potrzeby pytać partnera. Unikajmy wtedy ocen, które mogą przypomnieć o wstydzie i strachu, który wyparł ważną dla niego potrzebę. Niech procesowi odkrywania potrzeb i siebie towarzyszy akceptacja. Dzięki temu związek ma szansę stać się źródłem prawdziwej, zdrowej satysfakcji, która nie potrzebuje manipulacyjnych zachowań.

Julitta Dębska

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Co jest najważniejsze w hygge?

Słowo, na którym nie jest trudno połamać sobie język czyli hygge to  jeden z najbardziej popularnych tematów rozmów w Europie. „Hygge: Lekcja ciepła z Danii" - jest tytułem audycji nadawanej przez BBC. „Pozwól sobie na trochę przyjemności: poznaj duńską sztukę hygge" czytamy w The Telegraph, a w Morley College w Londynie uczy się studentów, jak przeżyć hygge. Co oznacza trudny wyraz, który stał się nagle tak popularny? Przybliża go nam Meik Wiking, dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze i autor książki „Hygge. Klucz do szczęścia", która w Polsce ukazała się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia stając się pewnie prezentem dla niejednego z Was.

Tajemnica hygge


Duńskie słowo hygge nie ma swojego odpowiednika w żadnym innym języku. Hygge to wszystko to, co daje nam poczucie szczęścia, spokoju i bezpieczeństwa. Hygge to odpowiedni nastrój, stan ducha, coś czego się doświadcza. Hyggeline jest siedzenie w swoim ulubionym fotelu w wełnianych skarpetach i filiżanką gorącej herbaty oraz czytanie książki w świetle rozpalonych w pokoju świec. Wieczory spędzone w domowym zaciszu z grupą wspólnie gotujących przyjaciół jak najbardziej są hyggeline. Podobnie, jak kawiarnia, w której przy cieple wydobywającym się z kominka podaje się domowe ciasto. Elementy, które wzmacniają efekt hygge to: świece, ciepłe światło, kawa i wszystkie gorące napoje, słodkości, naturalne drewno, zwierzęce skóry i Święta Bożego Narodzenia. Zdecydowanie pasują do tego niestarannie związane włosy i luźny, wygodny strój również w sytuacjach biznesowych. Hygge natomiast absolutnie nie jest przechwalanie się swoimi osiągnięciami i bogactwem. Przepych nie ma nic wspólnego z hygge. Ono ceni prostotę.



Najważniejszy składnik


To są elementy kojarzące się z hygge i je podkreślające, natomiast najważniejsze w całej duńskiej filozofii okazują się być relacje. Duńczycy bardzo dbają o pielęgnowanie swoich związków, relacji z rodziną i z przyjaciółmi. To oni spotykają się towarzysko ze znajomymi najczęściej z wszystkich Europejczyków. Są to jednak spotkania kameralne, w których chodzi o rozmowę i bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem. Duńczycy odcinają się wtedy od swoich komórek, laptopoów i skupiają się na TU i TERAZ. Niezwykle cenią sobie tzw. obecność i uważność na drugiego człowieka. Hygge jest wtedy, gdy nikt nie chce zdominować rozmowy i skupić na sobie uwagi. Ważne jest słuchanie i równowaga w dyskusji. Poza rozmowami kochają oni wspólnie grać w planszówki, gotować lub razem wycinać z papieru ozdoby choinkowe. Przywiązują do tego bardzo dużą wagę.

Raport Szczęścia


Meik Wiking, który zawodowo zajmuje się badaniem szczęścia zwraca uwagę na to, że bycie z innymi jest najprawdopodobniej najważniejszym składnikiem szczęścia. Warto tutaj podkreślić, że w Światowym Raporcie Szczęścia tworzonym na zlecenie ONZ Dania co roku plasuje się w czołówce. Jesteśmy stworzeniami społecznymi. Jak wielkie ma to znaczenie, widać wyraźnie, kiedy porównujemy satysfakcję czerpaną przez ludzi z relacji z bliskimi z ich ogólnym zadowoleniem z życia. Najważniejszymi relacjami społecznymi są te bliskie, te dzięki którym przeżywamy coś razem z innymi, doświadczamy zrozumienia, dzielimy myśli i uczucia, te, w których każdy daje i otrzymuje wsparcie. Jednym słowem: hygge.

Zbliża się nowy rok. To czas noworocznych postanowień. Ilu z Was w swoich celach uwzględniło te dotyczące relacji i komunikacji? Na pewno warto o to zadbać, bo jest to podstawa naszego dobrostanu. Jak więc zatroszczysz się o swoje relacje w nowym roku? Co zrobisz, by były bardziej hygge? Ja w nadchodzącym 2017 roku życzę Wam przede wszystkim takich właśnie głębokich, znaczących, wartościowych hygge relacji! I szczęścia! :)

Julitta Dębska

Źródło: Meik Wiking, „Hygge. Klucz do szczęścia”, Czarna Owca, Warszawa 2016.

Popularne posty